Ekonomia po ożarowsku

/rynek w Ożarowie; zdjęcie: PolskieKrajobrazy.pl

    Jadąc krajową siedemdziesiątkądziewiątką z Warszawy na Bytom w pewnym momencie robi się mocno niemiecko. Z Drezna wjeżdża się w Lispko, za którym zaraz zaczyna się Śląsko. Niewiele dalej leży Ożarów (dzisiaj niespełna 5 tysięcy mieszkańców). Rozpoznać go można z daleka po charakterystycznej bryle cementowni wyrastającej z równego zielonego, leśnego horyzontu.

    Rynek w Ożarowie może nie zachwyca urodą (choć był niedawno remontowany), ale wart jest odwiedzenia. Na jego południowo-zachodnim rogu stoi niepozorny sklep mięsny, w którym sprzedaje się... lody gałkowe. Po złoty trzydzieści gałka. Stoję przy lodówce i próbuję sobie przypomnieć kiedy ostatnio kupowałem tak tanie lody gałkowe. Przypominam sobie! Dziesięć lat wcześniej, też w świętokrzyskim. Po złotówce, ale wtedy w jakiejś okolicznościowej promocji. Pytam więc, nie kryjąc zdziwienia, sprzedawcę który na chwilę oderwał się od lektury Faktu, jak zarabia na tak tanich lodach?
- ja nie muszę zarabiać, i tak tu muszę siedzieć, wystarczy mi, że będzie z tego na opłacenie światła;
  Chyba wyglądam na mocno zdziwionego i nieprzekonanego, bo sprzedawca dodaje po chwili, nakładając mi trzecią gałkę:
- ważne, że właścicielka lodziarni na rynku nie może przeze mnie podnieść cen; już dawno sprzedawałaby po dwa złote, a tak musi po złoty pięćdziesiąt!
  Chyba nadal nie rozumiem tej lokalnej ekonomii, co wcale nie przeszkadza mi cieszyć się z takiego pojmowania zasad rywalizacji i konkurencyjności!

 

[Dawid]