na granicy południa z północą - Stalowa Wola - Rozwadów

/zdjęcie: stacja kolejowa Stalowa Wola-Rozwadów, 23.05.2015
 
    Powinienem był tu być 4 lata temu, a jestem dopiero dzisiaj. 4 lata zaległości! „Stalowa Wola-Rozwadów” co i raz przewijało się w rozkładach jazdy, które rzucały mi się w oczy w Kolbuszowej od kiedy mieszkam na Podkarpaciu. Przez Stalową Wolę-Rozwadów wiodła jedyna kolejowa droga prowadząca z Podkarpacia na północ. Stalowa Wola-Rozwadów w czasach kiedy powstawała musiała być ważnym węzłem kolejowym pogranicza austriacko-rosyjskiego. A może była tylko małą nadgraniczną stacyjką kolejową? Zapyziałą, prowincjonalną stacyjką, z której odjeżdżał raptem jeden, czy dwa pociągi dziennie, i to tylko na południe – do serca Galicji, bo na północy była niemożliwa do przekroczenia granica?
    Siedzę na stacji Stalowa Wola-Rozwadów w pociągu do Lublina. Prawie pustym pociągu – z absolutnie pełnego w Rzeszowie po drodze zdążyli wysiąść już prawie wszyscy. Pod starą, zmurszałą, opadającą z tynku ścianą budynku dworcowego trzech kolejarzy w eleganckich czarnych pekapowskich mundurach świetnie komponujących się z nową strategią marketingową polskich kolei przygląda mi się ze zdziwieniem, kiedy uparcie fotografuję tablicę z napisem „Stalowa Wola-Rozwadów”. Nie wiem co jest dalej, za budynkiem. Na pewno nie nowoczesna Stalowa Wola z wizji końca lat 30. dwudziestego wieku. Wiem za to, że siedząc tutaj w końcu spełniłem jeden ze swoich podkarpackich podróżniczych obowiązków- dotarłem do stacji w Rozwadowie.
    Za chwilę ruszymy dalej w Królestwo Polskie ku Lublinowi – najbardziej rosyjskiemu z wszystkich dużych miast Polski. A później dalej w wielki Świat. Oby!